RE: Miejskie finanse potrzebują… reanimacji
Panie Andrzeju,
dziękuję za rzeczową wypowiedź.
1. "przecież nie oznacza to, że miasto mające 55 procent zadłużenia może spać równie spokojnie, jak to, które ma zadłużenie na poziomie 10 procent.". Oczywiście. Przywołałem ten czynnik - że wskaźnik zadlużenia był spełniony - kilka razy (za każdym razem dodając, że ledwo, ledwo, nawet cytując dobre określenie radnego Trelińskiego "w granicach błędu arytmetycznego"), tylko (!) jako potencjalną przesłankę do uruchomienia tzw. planu naprawczego (pojęcia regulowanego w ustawie o finansach publicznych, o którym jest w cytacie artykułu) wyjaśniając, ze przesłanka ta do wprowadzania "cudownego lekarstwa" w postaci wdrożenia planu napawczego (w rozumieniu ustawy) nie zaistniala. Dodałem jeszcze, że nie byłaby to najlepsza sytuacja dla miasta (mówil o tym m.in. ekspert na sesji). Nie uzyłem więc tego, jako argument, że "wszystko jest super". Bo nic nie jest super.
2. "nie możemy udawać, że to nie prezydent odpowiada za kondycję finansową miasta".
Jasne. To prezydent odpowiada za gospodarkę finansową miasta, za realizację budżetu, a wcześniej za przygotowanie jego projektu. Moja ocena ogólna kondycji finansowej miasta - dwóch kadencji - jest negatywna. I napisałem kilkakrotnie i jednoznacznie, że konsekwencją tej oceny jest pogląd, że kto inny powinien być prezydentem. Ale nie, że jest to argument do zablokowania miastu budżetu.
3. "Owszem, miasto jeszcze nie leży na łopatkach, ale ile mu brakuje? Nie da się ukryć, że polityka finansowa tych dwóch kadencji była taka, że dziś trzeba ostro zaciskać pasa i zastanawiać się co jeszcze trzeba będzie sprzedać lub jakie opłaty podnieść".
Zgadza się. Miasto leży na łopatkach w tym uniwersalnym znaczeniu, że jesli ktos nie reguluje na bieżąco zobowiązań, to "leży na łopatkach". Ale - uwaga - tu ważna korekta. Oceniając należy uwzględnić różne czynniki. Mnie chodzi tylko o to, żeby starać się być obiektywnym. Niestety w wielu samorządach takie sytuacje się zdarzają i do tego w samorządach lepszej kondycji. Po prostu często tak sie zdarzą, że w danym momencie jest bardzo mało pieniądzy, a nawet pustka na rachunku, bo często państwo opóźnia się z wpłatami należnych (!) samorządowi pieniędzy (udziały PIT i CIT, co jest podstawowym dochodem miasta), a i wpłaty są mniejsze niż zaplanowane. Dla przyklsdu, nawet w Milanówku, który ma jednego z najlepszych skarbników, jakich znam, dla której to pani skarbnik nigdy nie było takiej sytuacji, żeby z niej nie umiała wyjść - zdażały sie takie sytuacje. Jakkowiel to źle brzmi, to się po prostu niestety zdarza. Dodatkowo, korporacje samorzadowe obliczyły, że z tytułu braku rekompensat od rządu za nakładanie nowych zadań bez pieniędyz samorządy łącznie tracą ze swoich budzetów 8 mld zl rocznie. I stąd nasza akcja "stawka większa niż 8 mld" http://stawka8mld.pl/ . Również i te elementy należy wziąć pod uwagę w ocenie sytuacji. W ocenie kompleksowej te elementy zmniejszają moja negatywną ocenę dwóch ostatnich kadencji, ale nie zmieniają jej co do zasady. A instrumentem do zmiany tego widzę wybory, zmianę władzy. Oczywiście jako punkt wyjścia, bo sama zmiana wladzy nic nie da. Natomiast przy tym konkretnym projekcie budżetu, napisałem, co należało zrobić i uzasadniłem od strony merytorycznej (konsekwencje narzucenia / przyjęcia budzetu przez RIO) i politycznie (w ostatnim poście). Takie jest moje zdanie, z ktorym oczywiście można się nie zgadzać.
4. Sprawa obligacji. Tu moje stanowisko było i pozostaje jasne. Byłem przeciw - mówiąc skrótem - wydłużeniu okresu splaty, na korzyść rocznego ulżenia w kwocie spłaty. Tu na marginesie, bardzo ciekawe jest spojrzenie fimry eksperckiej - tej, która przygotowała analizę budzetu i sformułowała propozycje rozwiązan oszczednościowych. Zrozumiałem, że oni uwazają, iż kluczem do poprawienia stanu zadłużenia jest konsolidacja tego długu. Tu trzeba więcej sie dowiedzieć. Dlatego po raz setny napisze, że bardzo ciekawe byłoby upublicznienie tek ekspertyzy oraz wysłuchanie w spokojnj dyskusji tego punktu widenia. Jak i pozostałych propozycji. Najlepiej nie tylko jednego autora. Ale choć tyle, to i tak byłoby bardzo dużo dla poziomu naszej publicznej dyskusji. Idąc dalej. Ale nie przyjmując tego "rozwiązania" (obligacji) alternatywnym było cięcie wydatków. I prezydent takie a nie inne zaproponował. Można się z nimi zgadzać lub nie. Trzeba było dyskutować i zgłaszac swoje. Ale nie mam tu na mysli "połączyć MBP i CK", czy "cięcia w administracji", bo te nie są rozwiązania konkretne do konkretnego projektu budżetu i prezydentowi łatwo było je skrytykować.
5. I teraz cytat, który można uznać za pewnego rodzaju podsumowanie Pańskiej wypowiedzi "Nie chodzi więc o to, że jest to budżet zły, bo prezydencki, czyli jego odrzucenie byłoby wyrazem jakiejś demonstracji, czy też jak mówi młodzież „focha” radnych. Chodzi o to, że radni opozycji – przynajmniej ja to tak widzę – stracili zaufanie do tegoż prezydenta i jego umiejętności prowadzenia polityki finansowej, a to jest całkiem poważna sprawa. W tej sytuacji woleli oni, aby to RIO zajęła się budżetem i przygotowała go z naciskiem na oszczędności, do których – jak napisałem powyżej – prezydent się nie palił i których najzwyczajniej w świecie nie chciał."
Zgadzam się z tym całkowicie. Jako diagnoza. Natomiast powtarzam swoje zdanie co do rozwiązania. Instrumentem rozwiązania tego, że "radni stracili zaufanie do tegoż prezydenta i jego umiejętności prowadzenia polityki finansowej" powinno być to co opisałem wczesniej. Zacieśnienie współpracy w opozycji, wcześniejsze przygotowanie swojego programu strategicznego (merytorycznie i personalnie - do czego miały doprowadzić spotkania, które zapoczątkowałem) i bycie przygotowanym, by w tym konkretnym momencie omawiania projektu budżetu przejąć kontrolę i pokazać wyborcom opozycję jako siłę, która jest zdolna i przygotowana do przejęcia władzy i nie zachowuje się "na złość babci odmrożę sobie uszy" - tak oceniam głosowanie przeciw budzetowi miasta - tylko potrafi - odpowiedzialnie i bezpiecznie dla miasta - dyktować swoje warunki. Nie poprzez "nie, bo nie", tylko poprzez umiejętne przyparcie prezydenta do ściany.
Panie Andrzeju,
Jeszcze jedno, ogólnie. Myślę, że dostrzega Pan ten paradoks. Zgadzamy się co do diagnozy. Pisząc "my" mam na myśli i nas obu, i nas w rozumieniu szeroko rozumianej opozycji. Różnimy się jedynie co do środków, które należało i należy użyć. Myślę nawet, że i tych różnić nie byłoby, gdybyśmy ze sobą rozmawiali, a nie organizowali wojenki. Ja nie lubię doraźnych, ad hoc rozwiązań, bo wtedy warunki dyktowane są przez okoliczności. Jestem zwolennikiem działania pzemyślanego i zaplanowanego, modyfikowanego ze względu na okoliczności, ale nie tak, żeby dac się szantażować tym okolicznościom. Jak widać po mojej obecności tutaj nie przejmuję się ostrymi i głupimi często wypowiedziami, i mogę w takich warunkach prowadzić rozmowę z tymi, ktorzy przestrzegają normalnych zasad. Ale jako człowiek odpowiedzialny i znający się dobrze na samorządzie nie jestem zwolennikiem rozwiązań destrukcynych, tym bardziej w sytuacji w jakiej jest nasze miasto. Bo wiem, że one tylko eskalują konflikt, pogłębiając problem, uniemożliwiając rzeczową dysksusje o sytuacji i pozytywne rozwiązania. Jestem zwolennikiem szukania porozumienia i dobrych rozwiązań, ale nie kosztem zasad i rozsądku.