RE: Powstaniec i Twój Żyrardów.
Skarlet, można i tak jak napisałaś. A można tak:
Wraca taki zagraniczniak do Żyrardowa po dwudziestu latach. Najpierw z Okęcia do centrum Warszawy a później w pociąg. Ot, spóźnił się pojazd, bo lato więc szyny się za bardzo rozgrzewają, metal się rozszerza. Cóż, zrobić – czysta fizyka.
Jedzie gość i nic przez okno nie widzi, bo brud niemiłosierny. Za to na stoliku napis nożem wydrapany – znajomy jakiś, bo data wyraźna „1979”. Z kibleka chciał biedak skorzystać, ale go co cofnęło jak tylko drzwi otworzył. Myśli sobie – do Żyrka nie tak daleko, to dowiozę. Przyszedł konduktor, którego czuć było potem z drugiego końca wagonu, sięgnął spracowaną ręką po bilety (a żałoba pod paznokciami wzorowa, jak po Bierucie) i wlepił mandacik, bo bilet był na KM a zagraniczniak głupi wsiadł w IR.
Wysiadł w Żyrardowie, trochę się zasapał, bo drzwi w pociągu nie chciały ustąpić, ale najważniejsze, że się udało nim w maszynista w dalszą drogę ruszył. Rozgląda się i widzi peron znajomy (pasy przy krawędzi to chyba jeszcze kumpel w ramach praktyk malował). Farbę na budynku to chyba w tzw. międzyczasie nową dali, ale widać, że już ząb czasu nieźle naruszył. Poszedł do przejścia a i tam widoki znajome – już myślał, że windą sobie zjedzie. Miał narzekać, ale mu przeszło jak zobaczył kobietę taszczącą wózek z dzieckiem.
Nie miał czasu się dalej rozglądać, bo mu się przypomniało czego w pociągu nie zrobił. Na dworcu trochę nadymione kebabem, frytkami i zapiekankami, ale najgorsze, że na drzwiach toalety kartka „przerwa techniczna”. Co było robić? Poszedł biedak w najbliższe krzaki tuż obok „Parkuj i jedź”. Zaparkował klocka i już mógł ruszać dalej w miasto.
Na targu kupił ogórka kiszonego, bo mu się zapach z dzieciństwa przypomniał. Popatrzył z ciekawością na stragan z nowościami filmowymi, które dopiero wchodziły na ekrany kin w USA. Psa chciał kupić, bo mu się żal zrobiło szczeniak trzymanego w kartonie na słońcu, ale w końcu zrezygnował, bo 300 zł za pchlarza nie dałby nawet naiwniak z zagranicy. Pokręcił się wśród tłumu i zobaczył, że kantor niedaleko, więc postanowił trochę dolców wymienić. Jak do drzwi podszedł i zerknął na panów w dresach czujnie obserwujących każdego kto wchodził to mu się wymiany odechciało.
Poszedł dalej w miasto i patrzy co to się przez dwie dekady z miastem zrobiło. Tam gdzie były zakłady pracy są mieszkania dla nowobogackich. Tam gdzie były mieszkania dla biedniejszych to nadal są tylko, że w większości przez lata nie było remontu. Piękny pomnik papieża przybył, park odnowiony. Ech, zmęczył się gość i myśli sobie – podjadę tym pięknym nowym autobusem. Stanął na przystanku a tam trzy rozkłady jazdy. Skrobie się po głowie i nie wie o co chodzi, bo z każdego wychodzi, że najbliższa podwózka będzie za 45 minut – ależ się musiał Żyrardów rozrosnąć, że tyle czasu autobus trasę robi! Poczekał. Wsiadł, nawet bilet u kierowcy kupił choć dziwił się, że cena jak w stolicy (ale jak miasto wielkie to i autobus kilometrów sporo wyrabia, więc płacić jest za co). Klimatyzacji nie było, więc się spocił i wysiadł.
Rozgląda się a tu kiosk akurat. Ech, dobrze byłoby odkrytkę do znajomych wysłać, więc poprosił. Ładną dostał, taką co to ją jeszcze za Gierka drukowali, ale znaczków w żadnym kiosku nie było, „bo to panie się nie opłaca nimi handlować” (jakoś dziwienie często o tej nieopłacalności słyszał). Gazetkę też sobie kupił i z ciekawości ceny mieszkań w ogłoszeniach przejrzał. Zakręciło się biedaczynie w głowie i już się miał na ziemię osunąć, gdy kioskarka przez okienko łeb wystawia, jak kukułka z zegara i krzyczy, żeby nie mdlał, bo karetka to nie wiadomo kiedy przyjedzie. Zebrał się w sobie i ruszył do szpitala. Jak tam wszedł to zaraz ozdrowiał (już mu się lepiej robiło jak z zewnątrz budynek obejrzał) i wyszedł jak najszybciej. Idąc Limanowskiego poczuł się jakby w czasie podróżował, więc wrócił do centrum gdzie mu bardziej cywilizacją XXI wieku pachniało.
Powlókł się na Plac Wolności i zasiadł w znanej kawiarni. Już chciał o kawę poprosić, ale mu pani wytłumaczyła, że dopiero od dwunastej łaskawie gości obsłuży (a poza tym niech pan drzwi za sobą zamyka, bo jej klimatyzowane powietrze ucieka). Poszedł biedak, usiadł obok fontanny i popatrzył przed siebie (trochę mu przejeżdżające tiry przeszkadzały) – sklepy, lofty, wszystko odnowione. Popatrzył w bok – urząd odrapany, budynek jak z filmu o rodzinie Adamsów, strach się zbliżyć. Cholera – pomyślał – od razu widać, że kapitalizm.
Nie zdążył się nadziwić a tu nagle telewizyjny wóz podjeżdża i już się ekipa uwija. Podjechały piękne samochody i władza miejscowa, której zdjęcia w gazecie widział, z wozów wysiada. Dostojni, piękni, garniturki dobre, garsonki jeszcze lepsze. Już prezenter jak pasikonik skacze wokół elity miasta a do mikrofonu sypią się mądre słowa o sukcesie, rozwoju i (podkreślanej co kilka minut) rewitalizacji. Ściska pan prezydent rękę biznesmenowi, uśmiechają się uroczo, bo też jest co pokazać! Och, jakże światowo brzmi kolejne zagraniczne słowo – lofty. Skrobie się w głowę zagraniczniak i myśli – głupi chyba jestem, bo inwestycja prywatna, zysk w kieszeni biznesmena, mieszkań komunalnych wśród tej inwestycji nie ma – więc czym się władza tutaj chwali?
Ale patrzy dalej a tu obrus gigantyczny rozwijają. Ot, osiągniecie miasta! W przyszłym roku mają największy widelec zrobić a za dwa lata – kto wie – może taki sam nóż do kompletu zrobią?
Siedzi zagraniczniak obok fontanny, oczy coraz bardziej mu się okrągłe robią i nadziwić się nie może tym wszystkim zmianom i cudom. A tu przecież nie ma się czemu dziwić. Wszak od dawno wiadomo, że gospodarni mają więcej!
PS
(06.08.2010 09:26 )skarlet napisał(a): Treść niewidoczna dla osób niezalogowanych na forum.
Link do rejestracjiNie uważam, że potrzebny jest ktoś obcy, kto by nam błędy wytykał. Ale jeśli to robi to ja się obrażać nie będę tylko grzecznie wysłucham, bo czasem ktoś z zewnątrz ma spojrzenie bardziej świeże i więcej dostrzeże. Poza tym grunt to umieć krytykę znieść a później tak robić by błędy naprawić, wnioski wyciągnąć i na przyszłość tejże krytyki móc uniknąć.