Liczba postów: 12 436
Liczba wątków: 6 314
Dołączył: 11.2008
Reputacja:
3
Lokacja: Robot internetowy
Płeć: Nie podano
Typ mieszkańca: Nie podano
24.03.2026 09:56
Nie wstąpiłem do partii dla pieniędzy - Superexpress
Nie wstąpiłem do partii dla pieniędzy
TRANSKRYPCJA
Hubert Biskupski: – PZPR – ten skrót rozszyfrował w 1992 roku lider KPN-U Leszek Moczulski, wykrzykując z mównicy sejmowej między innymi pod pańskim adresem: „PZPR – płatni zdrajcy pachołki Rosji”.
Leszek Miller: – Wtedy nasz
ówczesny przewodniczący klubu Aleksander Kwaśniewski powiedział: „Wychodzimy” i wszyscy
wyszliśmy z sali.
– Pan do partii wstąpił w roku 1969, mając raptem 23 lata.
– To dosyć późno.
– Jak to późno? Był pan bardzo młody.
– Bo zwykle wstępowało się wcześ
niej, w wieku 18 czy 19 lat.
– Ale wcześniej działał pan w Związku Młodzieży Socjalistycznej. Zatem podbudowę ideologiczną już pan miał…
– Miałem już wtedy rodzinę, żonę
i dziecko. Byłem już dorosłym facetem. Dlatego mówię, że późno wstąpiłem do partii.
– Co panem powodowało, że pan wstąpił do PZPR? Czy to była przemyślana decyzja ideologiczna, czy może przemawiały do pana kwestie materialne, jak mieszkanie, awans czy talon na samochód?
– Jeżeli chodzi o idee, to ja wtedy
byłem całkowicie zielony w tych kwestiach. Działałem w ZMS-IE, bo lubiłem organizowane tam obozy, wycieczki i konkursy. Wstąpiłem do partii głównie z powodu dwóch starszych kolegów z warsztatu elektrycznego w Żyrardowie. Powiedzieli mi, że skoro lubię zajmować się sprawami społecznymi i pomagać kolegom, to w organizacji będę mógł zrobić więcej.
– Taka działalność wymaga czasu. To zawsze odbywa się kosztem rodziny.
– To nie było wtedy zbyt obciążają
ce i nie zabierało mi zbyt dużo czasu. Lubiłem te spotkania i pogaduszki z chłopakami.
– Czyli najzwyczajniej wyrywał się pan z domu i można było się przy okazji wódeczki napić?
– Od czasu do czasu tak. Moja żona Ola miała 16 lat, gdy się poznaliśmy. Wtedy w ogóle nie interesowałem się sprawami publicznymi, ale z czasem zacząłem poznawać mechanizmy władzy i „lizać” politykę oraz ideologię. Ktoś mnie zachęcił do lektury tygodnika „Polityka”. Chodziłem rano po kioskach, żeby go kupić, bo był trudno i dostępny. Już wtedy pomyślałem sobie, jak dobrze byłoby spotkać się z Mieczysławem F. Rakowskim, co stało się ale znacznie później. – Wstąpił pan do partii komunistycznej. Jak pańska mama na to zareagowała?
– Moja mama uważała, że wszystko co robię, jest właściwe. Bardzo żałowała, że sama skończyła tylko cztery klasy szkoły elementarnej i zawsze mi tłumaczyła, bym wykorzystał szansę na darmową naukę.
Musiałem jednak iść wcześnie do pracy, bo jedna niewielka pensja mamy nie pozwalała nam żyć na przyzwoitym poziomie.
– Czy wstępując do partii był pan już osobą niewierzącą, czy stracił ją, bo tak nakazywała PZPR?
– Już wtedy nie wierzyłem w Boga.
Z żoną wzięliśmy ślub cywilny
w Żyrardowie i niekoniecznie chcieliśmy kościelnego, ale ulegliśmy po trzech miesiącach z powodu ogromnej presji rodziny. Moi wujkowie zadeklarowali nawet, że sfinansują tę uroczystość.
– Błyskawicznie awansował pan w partii: w latach 1973–1974 był pan sekretarzem komitetu zakładowego, a od 1978 roku inspektorem w Komitecie Centralnym. Skąd ten awans?
– Byłem przedstawicielem wielkoprzemysłowej klasy robotniczej
byłem z tego dumny. Miałem bardzo dobre wyniki w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC i Komitet Centralny po mnie sięgnął.
– Lata 1980–1981 to potężny kryzys społeczno-gospodarczy częściowo zakończony brutalnym wprowadzeniem stanu wojennego. Czy widząc krytyczne nastawienie społeczeństwa do partii i do władzy a także zamordowanych przez milicję górników z kopalni „Wujek”, nie nabrał pan wątpliwości, co do swojego wyboru?
– Byłem przekonany, że niska efektywność gospodarki wynikała z błędnych decyzji kadrowych, a nie z rozwiązań systemowych. Uważałem, że to, co ustalono
w Jałcie i Poczdamie, nie zmieni się bez kolejnej wojny światowej. Jednak jako praktyk z 10-letnim stażem w zakładzie, zaciskałem zęby z wściekłości na mechanizmy gospodarki centralnie sterowanej
i konieczność zatwierdzania każ
dej decyzji w ministerstwie.
– Jak wyglądał pana pierwszy dzień stanu wojennego?
– Nic nie wiedziałem o planach jego wprowadzenia. Obudziłem się w niedzielę, zobaczyłem w telewizji gen. Jaruzelskiego i pierwszą moją myślą było: „jedziemy po benzynę, bo za chwilę nie będzie można jeździć”. Później poczułem wściekłość i przygnębienie na wieść o śmierci górników
w „Wujku”. Uważałem, że nie trzeba było strzelać i można to było załatwić inaczej.
– Ale współpracował pan jednak z generałami Kiszczakiem i Jaruzelskim, którzy te decyzje podejmowali. To oni odpowiadali za ten mord.
– Rozmawiałem potem z wieloma ludźmi Solidarności. Mój zastęp
ca w ministerstwie pracy, Andrzej
Bączkowski, był internowany. Ci ludzie z czołówki, jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń, opowiadali mi, że najbardziej bali się wywiezienia do Związku Radzieckiego. Jaruzelski mógł wprowadzić radykalne reformy rynkowe, ale ówczesne kierownictwo po prostu bało się robotników i konieczności zamykania zakładów.
– Jak wyglądała sytuacja w partii w drugiej połowie lat 80.? W trakcie tzw. festiwalu Solidarności (1980-81) około miliona członków partii należało jednocześnie do tego związku.
– Sam widziałem młodych chłopaków z ZMS-U w biurach Solidarności, bo potrafili przemawiać
i prowadzić zebrania, ale po kilku miesiącach zostali wypchnięci jako „komuchy”. Po dojściu do władzy Gorbaczowa sygnały napływające z Kremla się zmieniły, choć
nie wszyscy w partii byli entuzjastami rozmów z opozycją.
– Co pana najbardziej boli w historii PZPR z dzisiejszej perspektywy? Zakłamywanie historii, serwilizm wobec ZSRR, inwigilowanie i niszczenie opozycji, liczne ofiary – Poznańskiego Czerwca, Gdańskiego Grudnia, stanu wojennego?
– Najbardziej bolą mnie ofiary, młodzi robotnicy, którzy wyszli demonstrować i zginęli. Serwilizm wobec ZSRR nie był tak karykaturalny, jak się go dziś przedstawia. Wiesław Gomułka czy Edward Gierek nie rzucali się na kolana przed sekretarzami z KPZR.
– Kto był najlepszym, a kto najgorszym pierwszym I sekretarzem KC PZPR po 1956 roku?
– Najgorszy był Stanisław Kania,
a najlepszy Mieczysław Rakowski, choć on miał pecha i zajmował kluczowe stanowiska zawsze za późno. – Na koniec zapytam o słowa arcybiskupa Józefa Michalika, który nazwał członków PZPR „synami morderców księdza Popiełuszki”.
– Przez partię w szczycie przeszły 3 miliony ludzi, a ogółem około 10 milionów. Niech się pan arcybiskup zastanowi nad tym, co powiedział.