14.10.2010 21:22
Andrzej Korycki Dominika Żukowska - duet śpiewający piosenki żeglarskie
Wywiad z Andrzejem Koryckim„Płyniemy spokojnie, pośpiechem się brzydząc…”
W przerwie od zajęć w Centrum Kultury , przeprowadziłam rozmowę ze znanym żyrardowskim piosenkarzem, gitarzystą oraz instruktorem śpiewu
-Andrzejem Koryckim.
Jak wspomina Pan czas spędzony w „czerwoniaku”?
A.K. Tak pół na pół… Z perspektywy ucznia był to dla mnie trudny czas, ponieważ wtedy wolałem poświęcać go gitarze, graniu i śpiewaniu,
niż uczyć się.Uważałem, że nauka jest mi niepotrzebna, ponieważ zamierzam grać i śpiewać.
A po latach? Jak wygląda to z perspektywy dnia dzisiejszego?
A.K. Teraz ogromnie tego żałuję. Mogłem bardziej przykładać się do języków, szczególnie do rosyjskiego, który teraz jest mi bardzo potrzebny.
Wtedy powinienem pomyśleć o tym, ale niestety… Młody człowiek nie myśli, <śmiech> a wynikiem tego są braki w wiedzy odczuwalne dziś.
Czy nowy budynek szkoły ma jakieś powiązanie ze starą siedzibą?
A.K. Nowy budynek absolutnie w niczym nie przypomina tego starego.
Przede wszystkim nie ma tego klimatu. Nowoczesny budynek jest wynikiem tego, że wszystko idzie z duchem czasu. Są nowi uczniowie, nowi profesorowie…Liceum w moich czasach pełne było starych pomocy naukowych, drewniane schody, sale…Wszystko niczym z filmu.
Ten klimat wspominam bardzo mile, bo nie ukrywam, że w tych czasach siedząc na korytarzach, napisałem wiele piosenek.
W liceum zaczęły się wyjazdy, konkursy, piosenka radziecka…
Udawało się Panu godzić naukę i hobby? Czy nauczyciele przymykali oko
na nieprzygotowanie do zajęć?
A.K. Tak, dlatego, że nauczyciele też są ludźmi i wiedzieli,
że nie ma, co się za bardzo znęcać nade mną. Z resztą rozumieli wysiłek, który towarzyszył reprezentowaniu szkoły.
Ci ludzie w tamtych czasach starali się pomóc mi, bym się wykształcił
i żebym nie zagubił duszy muzyka.
Na co dzień przechodziłem tam ciężkie chwile, ale przychodził dzień akademii, i wtedy ja byłem górą.
Miał Pan jakiegoś ulubionego nauczyciela, który bronił Pana przed innymi nauczycielami, albo zachęcał, by dalej kontynuować zainteresowania
w kierunku muzyki?
A.K. Przede wszystkim moja wychowawczyni-nauczycielka plastyki, pani Zofia Sobolewska.Zawsze wstawiała się za mną i starała się mi pomóc w każdej sprawie.Wszystkich profesorów lubiłem… To znaczy, bałem się ich,
ale zdarzało się to wtedy, kiedy szedłem nieprzygotowany na lekcję i to jest normalne.
A inni nauczyciele?
A.K. Jeśli chodzi o innych nauczycieli, to muszę przyznać, że miałem wsparcie językowe, kiedy przygotowywałem piosenki na festiwale.
Pomagali mi na zasadzie „tu dobrze, tu źle…”, może nie technicznie,
ale na sposób widza.Warto wymienić bardzo surową nauczycielkę Krystynę Domińską, bo współpraca z nią układała mi się znakomicie. Tak samo było z profesorem Okrasą, bardzo inteligentnym człowiekiem. Najbardziej ceniłem wszystkich za to, że nikt nie kazał i rzucić gitary. Nie było tekstu „Albo dajesz sobie z tym spokój albo wypad z tej szkoły”.
Przez jakiś czas uczył Pan w szkole, miał Pan okazję zobaczyć świat oczami nauczyciela. Zrezygnował Pan z tego, co było tego przyczyną?
A.K. Miałem tego dość. Będąc po drugiej stronie biurka miałem okazję zobaczyć, że jest to praca ciężka i czasami nawet niesympatyczna.
A jest tak dlatego, ze masz do czynienia z ludźmi którzy muszą się uczyć, muszą…Zauważyłem, że w tej szkole się spalam zupełnie niepotrzebnie.
Przychodzi ci gromada dzieciaków i spróbuj być dla nich autorytetem, dobrym i jednocześnie wymagającym, nauczyć i dać trochę luzu.
To są rzeczy niemożliwe.Miałem dość tych niezadowolonych min uczniów, że człowiek chce ich czegoś nauczyć. <śmiech>
I kiedy pani Beata Rusinowska- dyrektor ówczesnego Miejskiego Domu Kultury zaproponowała mi pracę w tym miejscu, to był pierwszy magnes,
który mnie tu przyciągnął.
Jacy są Pana uczniowie?
Co różni ich od tych
ze szkoły?
A.K. Podstawową różnicą jest to, że tu ludzie przychodzą się czegoś nauczyć i sami tego chcą. Nikt im tego nie wmusza na siłę.Ja nie pukam po domach, nie szukam nikogo. Tu przychodzą osoby, które mają chęć nauki
i ja wtedy staram się poświęcić mu czas.Tyle lat pracy na scenie spowodowało, że ciężko pracuje mi się z ludźmi od podstaw. Lubię pracować z ludźmi, którzy już coś potrafią, by móc z nimi zaczynać od razu od rzeczy trudniejszych.
Ile czasu już trwa praca w Centrum Kultury?
A.K. Nie wiem, nie mam poczucia czasu, nie zaznaczam nigdzie
w zeszycie ile pracuję, trudno mi jest to określić.
Długo?
A.K. Bardzo długo, około dwudziestu lat już. Wielu ludzi się przewinęło przez ten czas i byli to różni ludzie.
Zdarzyło się Panu kiedyś, że na zajęcia przychodził ktoś, kto w ogóle nie był zainteresowany muzyką?
A.K. Miałem kiedyś taki przypadek. Znajomi poprosili, żebym uczył ich syna. Przychodził do mnie do domu, oczy miał zapuchnięte od monitora, ponieważ grał w gry po nocach, a na gitarze wcale. Wreszcie usiadłem z nim i mówię: „Stary ty jesteś chłop trochę młodszy, ja jestem chłop trochę starszy, pogadajmy jak prawdziwi mężczyźni. Naprawdę chcesz się uczyć grać
na gitarze?” Pierwsze dwa razy powiedział mi, że tak, bo bał się rodziców. Ale kiedy zapewniłem, że im nie powiem, chłopak przyznał się, że niecierpi tej gitary. Tak samo jest w Domu Kultury.
To dlatego zajęcia z Panem nie są dla wszystkich i ogranicza Pan liczbę uczniów?
A.K. Lubię pracować z ludźmi, których sam sobie wybiorę, a nie z ludźmi narzuconymi. Podchodzę do tego bardzo emocjonalnie, więc jeśli zaczynam coś robić, to zależy mi, żeby to jak najszybciej zrobić. Im mniej ludzi wchodzi w to, tym lepiej. Moje wyjazdy, koncerty po całej Polsce powodują, że mam ograniczony czas. Często dopada mnie zmęczenie.
Jakie relacje utrzymuje Pan na zajęciach?
Czy jest Pan surowym instruktorem?
A.K. Zajęcia prowadzę na zasadzie kumpelskiej, na co nie mogłem sobie pozwolić w zwykłej szkole.Nie ma stałego planu zajęć, bo każdemu może coś wypaść. Sama wiesz doskonale na jakiej jest to zasadzie. Umawiamy się poprzez smsy.
Jaki jest cel tych zajęć?
A.K. Przeważnie celem jest koncert, staramy się go przygotować.
Ale zdarza się, że natłok obowiązków, wyjazdy i inne okoliczności powodują, że termin ciągle się wydłuża. Czasami tego koncertu może nie być wcale, ale w trakcie pracy wydarzają się tak ciekawe rzeczy, że każda próba, wykonanie piosenki, zabawa nią pokazuje, że niekoniecznie o koncert tu chodzi.
Jaki materiał wykonujecie na zajęciach?
Czy są to utwory wybrane przez uczniów, czy przez Pana?
A.K. To zależy… Kiedy proszę, by uczniowie przynieśli to, czego słuchają w domui np. dziecko słucha zespołu Ich Troje, to ja nie mogę powiedzieć mu, że jest on nic nie warty. Zgadzam się na tą propozycję, ale jako,
że jestem instruktorem mam prawo dołożyć coś od siebie. I daję temu komuś piosenkę trudniejszą i nagle okazuje się, że ta osoba swoje piosenki odkłada na dalszy plan, a w konsekwencji w ogóle usuwa ją z repertuaru.
Czy podczas tych zajęć uczy się Pan czegoś od uczniów?
A.K. Oczywiście, że się uczę, czasami trudno mi znaleźć wspólny język, ale szybko się uczę.
Czy odczuwa Pan satysfakcję z pracy tutaj?
A.K. Tak, satysfakcja jest ogromna, ale pod warunkiem, że koncert, który wystawiam jest dopracowany. Nawet tłumy na koncercie nie przynoszą mi satysfakcji, jeśli wiem, że to, co chcemy zaprezentować nie jest zrobione w 100%.Satysfakcję mam, ponieważ mogę tworzyć z ludźmi to co, towarzyszy mi od najmłodszych lat-muzykę. I to jest podstawą zadowolenia
z tej pracy.
Czy ma Pan powołanie do pracy z młodymi ludźmi?
A.K. Według mnie powołanie, to jest już forma fanatyzmu. Musi
mi to po prostu sprawiać radość i dawać satysfakcję.
Kiedyś śpiewaliśmy w szkole i podszedł do mnie starszy pan- nauczyciel.
Powiedziałem mu, że mam dość pracy w szkole, na co on odpowiedział: „Bo nie ma pan powołania, dzieci trzeba kochać…"Mówił to z takim przekonaniem i dumą, że wyglądał na fanatyka.
Tak więc, słowa „powołanie” bym tutaj nie używał, bo jak dla mnie ma troszkę nawiedzony sens. <śmiech>
Czy według Pana można namówić młodych ludzi do słuchania ballad rosyjskich czy szant?Jak zmienić nastawienie tych, którzy zrazili się, ponieważ mieli do czynienia z kiepskim przekazem tej muzyki?
A.K. Nie wiem czy można mówić tu o negatywnym nastawieniu. Raczej można mieć tu na myśli niewiedzę. Z resztą… każdy styl w muzyce można tak przedstawić. Czy to rock, czyto reggae, czy to pop. Można wybrać najgorsze piosenki jakie istnieją i zepsuć zdanie na ten temat osobie doszczętnie.
Co trzyma Pana przy tych piosenkach?
A.K. Trzyma mnie przy nich romantyzm. Jak to jest kiedy odbijasz od kei i wypływasz na morze lub ocean?Woda, która jest twoim sprzymierzeńcem, staje się twoim wrogiem i tylko czyha, żeby zdarzył się jakiś wypadek.
Nie wiesz co się wydarzy, czy wrócisz, do domu czy nie. Wszystko to w połączeniu z tym,że możemy wypłynąć na morze i cieszyć się tym, tworzy według mnie ostatni bastion romantyzmu.
Bo jak wytłumaczysz to, że mężczyzna zachwyca się wchodem, czy zachodem słońca albo tym, że obok statku wypłynie wieloryb?O takich wzruszeniach czytaliśmy tylko w czasach Mickiewicza i Słowackiego.
A miał Pan kiedyś taki przypadek? Spotkał się Pan z tym osobiście?
A.K. Tak, kiedyś w jury konkursu, który odbywał się w Domu Kultury zasiadałem razem Jarosławem Kukulskim-ojcem Natalii Kukulskiej.
Uczestnicy konkursu bardzo się spóźniali, więc pani dyrektor poprosiła mnie, żebym coś zagrał. Zaśpiewałem jedną z żeglarskich piosenek i kiedy usiadłem przy stoliku z powrotem,to on zapytał mnie:
„Ty, co to było? Bo oni powiedzieli,że ty śpiewasz szanty”
Ja odpowiedziałem, że to była właśnie pieśń żeglarska.
Na co Kukulski odpowiedział: „Ty, przecież to była normalna, ładna piosenka, a mi mówili, że szanta to taka nędza”.
Na koniec chciałabym zapytać Pana, czy ma Pan jakiś cel, jakieś marzenie do spełnienia?Coś co motywuje Pana do działania…
A.K. Bardzo prosty, jednocześnie coraz trudniejszy do realizacji.
Przede wszystkich do końca mojego życia chciałbym śpiewać i grać na gitarze. Tak jak, Włodzimierz Wysocki, Bułat Okudżawa i inni, czyli zacząć śpiewać swoje piosenki. Ale, żeby śpiewać swoje piosenki,
to trzeba zamknąć się w pokoju i za drzwiami zostawić cały świat. Odciąć się od wszystkiego.
Nie potrafię pisać piosenek na zawołanie jak niektórzy, bo brakuje mi spokoju.A pokaż mi w dzisiejszych czasach dzień, gdzie masz tylko i wyłącznie święty spokój…
Czyli marzy Pan o spokoju, by móc tworzyć własne piosenki?
A.K. Chciałbym kiedyś dorównać Andrzejowi Sikorowskiemu z grupy „Pod Budą” i wspaniałemu tekściarzowi Wojciechowi Młynarskiemu.
Chciałbym tak kiedyś sobie siedzieć z tą moją gitarką- Amelią na scenie i śpiewać ludziom własne piosenki. Chcę powiedzieć ludziom o czym myślę właśnie w ten sposób.
Ja życzę Panu w takim razie tego spokoju, chwili wytchnienia od codziennych spraw i czasu na napisanie swoich piosenek. Mam nadzieję, że takie powstaną i będziemy mogli je wszyscy usłyszeć.
Dziękuję za rozmowę.
A.K. Ja również bardzo dziękuję.
Rozmawiała Karolina Głowacka
Daję do oceny. Do poniedziałku muszę oddać nauczycielce, ale chcę poznać opinię innych... Nie było jeszcze korekty, więc przepraszam za literówki. Życzę miłego czytania.




![[-] [-]](/images/netpen/collapse.png)